Symfonia własności

Stoję właśnie na przestrzeni piekła i ziemi. Na barkach trzymając głaz, który miażdży wszystkie mięśnie jakie na nich mam. Strużki krwi już powoli uwalniają się, a ja czuję właśnie teraz dzięki temu siłę, to cały mój świat na który sobie zapracowałam. Ciernie i arkadie, które sobie wiłam w tym gniazdku na własne życzenie. Sądziłam się i wrzucałam w więzienia, biczowałam i katowałam. Wystawiałam na miliom tortur. Umysł płonął i lamentował, a anioły wypłakiwały w swym chórze arie. Tworzyłam miliony wcieleń w tym oto jednym życiu, rozdrabniałam siebie i łączyłam kiedy chciałam, zabraniałam i pozwalałam na pychy, w altruizmy dawałam się pochłaniać, tworząc paradoksy, cięższe od każdej poprzedniej. Byłam i jestem wszystkim co pragnęłam stworzyć. Przebierałam we wszystkim jak mogłam. Gardziłam lub kochałam z całych sił. Jak rozkapryszona dziewczynka, ujrzałam świat, jakim ja sama tylko mogłam widzieć i zaczęłam z niego w całości korzystać, najlepiej jak tylko mogłam. Tworzyłam czernie ale i tak za mną rozpalały się płomienie miłości. Zabierałam i oddawałam. Teraz to wszystko we mnie drży, a ja pragnę krzyczeć z całych sił oraz zdzierać gardło do krwi, pragnę nią połykać i jednocześnie malować.
Teraz wszystkie rany pokazuję, jak po wojnie kiedy pochłaniasz się zwiedzaniu spustoszeń, nie wstydzę się ich, w tym wszystkim zawarte jest piękno. Wiem że sama rozpętywałam je w sobie, rzucając w siebie noże i kamienie, paliłam na stosach, umierałam i odradzałam się w najpiękniejszych miejscach świata. Dzisiaj cała krwawię, ona mnie teraz ubiera, w ogóle nie sprawia bólu, pozwala tańczyć, wykonywać każde podskoki i piruety. Rozpływać się w przestrzeni z Twojej nienawiści i grozy, z twych złych spojrzeń i pogardy, każdej użytej wobec mnie siły. Dzisiaj tańczę i oddaje ordery, nagradzam Cię za każdy Twój haniebny czyń. Bo Cię kocham, i zawsze robiłam to dla Ciebie. Bezgranicznie mimo wszystko i choć wiem ze ta miłość mnie we mnie zabija ja się nie poddaje. Pragnę przechodzić przez te światy, choćbym pod nogami musiała mieć kolce lub rzężące się węgle. Choćbym musiała ciągle wyjmować z piersi Twe naostrzone jak brzytwa noże. Ja przeżyje każdy cios. Nic mi nie zrobisz. I choć biegnę to Ty uciekasz jak najdalej, bojąc się mej nieustraszoności, niezniszczalności, to Ty mnie stworzyłeś, nauczyłeś mnie widzieć w sobie co czego sam nie dostrzegasz, i ciągle chcesz to w sobie zatapiać i zamykać. A ja ciągle wykrzykuję słowo na Twą cześć. Pamięć dudni we wszechświecie, a on grzmi. Bo wiedz ze ja kocham i nie wstydzę się tego. I możesz mną rzucać o ściany i łamać kości, niszczyć nerwy i miażdżyć serca. Mogę się wykrwawiać i przelewać krwiste łzy. Mogę się zabijać przez twe złe słowa, przez twe egzystencje i złe duchy które trzymasz w sobie i karmisz co dnia chciwym wzrokiem.
W tej chwili pragnę wszystko, bo to moje życie i jestem z niego dumna. Może podziać się wszystko a ja to pragnę. Bo zawsze pomimo wszystko zależało mi i chciałam aby ten świat był piękniejszy. Chciałam abyś to widział, nawet kiedy tym gardziłeś. Teraz widzę że to nie było dla Ciebie.
Kiedy trzeba wyciągnę swą broń i zacznę walczyć jak co dnia kiedy wstaję, sama z sobą prowadzać walki, przezwyciężając się każdego dnia. Uśmiercając i odradzając…
Teraz pragnę płakać jak małe dziecko. Moim celem było otworzyć te drzwi, które sprawiały mi najwięcej bólu w życiu, chciałam za wszelką cenę dowieść tajemnicy którą ciągle skrywałam na przekór sama przed sobą. Uparcie ciągle pozostawiając wszystko by siebie uratować, bo czułam że to jedyna droga do tego aby zrozumieć to wszystko co we mnie tkwi. Wiem ze jestem słaba. Ale moją siłą była elastyczność. Wszystko co we mnie zmarniale i powiędłe jest częścią która ciągle pobija swe rekordy krzepkości. Właśnie ona jest tą częścią, która żyje z najpiękniejszym zawieszeniem gwiazd i błyszczy oraz tętni siłą pod sobą. Bo zawsze za Twymi plecami, budowałam świat jaki Ty nigdy nie będziesz potrafił sprostać. Ty pokazywałeś iż jestem brzydkim kaczęciem, lecz gdy nie patrzałeś ja zamieniałam się w łabędzia, bo widziałam że boisz się piękna. Uważałeś że wykorzystasz moją słabość, natomiast ona zawsze mi pomagała w najtrudniejszych chwilach, ona na przekór Twoim prawdom jest skarbem i pięknem, siłą samą w sobie nie potrzebująca dodatków i ulepszeń. Ona ma w sobie każdą cechę która mi trzeba. I kiedy Ty zamykałeś mnie ciemnych kotlinach rzucając lawiny kamieni. Ja stawałam się każdą cząsteczką przestrzeni w której się znajdowałam, moje oczy skierowane były na każdy szczegół. Ty święcie przekonany że ślepnę, otwierałam swe skrzydła a oczy otwierały na uniwersum, oczyszczając się w Edenie. Teraz kiedy przechodzę świadomie me światy aby pochłaniał mnie ten na którym żyję prawdziwie, surowy takim jakim jest, pragnę aby mnie nie szczędził, aby mogły zbić się wda żywioły. Pomimo ze czasem ślepnę i na nowo uczę dotyku jego egzystencji, nie poddaje się….

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętniki myśli. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>